Kliknij tutaj --> 🐿️ zmiana szkoły z polskiej na angielską
* Scenariusz lekcji bibliotecznej dla uczniów klas I-VIII szkoły podstawowej. 117. Praca z dziećmi cudzoziemskimi w polskiej szkole : metody działania i własne doświadczenia / Alina Szulgan. – Bibliogr. // Języki Obce w Szkole. – 2019, nr 4, s. 55-59
Brytyjski system edukacji różni się od polskiego. Edukacja różni się również w poszczególnych krajach w ramach Zjednoczonego Królestwa. Etapy nauki w UK Brytyjski system edukacji dzieli się na 5 etapów: żłobek i przedszkole (nursery), szkoła podstawowa (primary school), szkoła średnia I stopnia (secondary school / high school), szkoła średnia II stopnia (further education
Nagrody dostaje za to, że dobrze mu szło czytanie, wymyślił kreatywną zabawę albo pomógł w potrzebie koledze. Za szczególne osiągnięcia (postępy w nauce, albo grzeczne zachowanie) dostaje dyplom Star of the Week, a do domu przychodzi list z pochwałą od dyrektora szkoły. 8. Religia. Nasza szkoła jest katolicka.
Nauczyciel – Dobra Zmiana” celem planowanej reformy jest m.in. uratowanie potencjału polskiej edukacji i dokonanie zmian programowych, w celu stworzenia systemu oświatowego na miarę XXI wieku. Nowa struktura składać ma się z ośmioklasowej szkoły powszechnej , czteroletniego liceum , pięcioletniego technikum i II stopniowej szkoły
Jeśli zmienisz ustawienie daty w Panelu sterowania, odpowiednio zmieni się domyślny format daty w programie Excel. Jeśli nie podoba Ci się domyślny format daty, możesz wybrać inny format daty w programie Excel, na przykład " 2 lutego 2012" lub " 2012-02-02". Możesz również utworzyć własny format niestandardowy w wersji klasycznej
Rencontres À Elizabethtown Bande Annonce Vf.
Uczę się pierwszy rok w technikum informatycznym (we wrzesniu bede miec 17 lat) a bardzo chciałbym od nowego roku szkolnego chodzić do szkoły w USA. Pragnę się dowiedzieć czy jest taka możliwość, jak to będzie przebiegało, od jakiej klasy bym sie uczyl i jaką widze będę potrzebował i czy nie jest za późno. Mam rodzine w stanach ze zielona karta wiec z mieszkaniem nie bedzie problemów. Rodzice raczej ze mną nie pojadą żeby mnie zapisać. Prosze o jakiekolwiek odpowiedzi
polski arabski niemiecki angielski hiszpański francuski hebrajski włoski japoński holenderski polski portugalski rumuński rosyjski szwedzki turecki ukraiński chiński hiszpański Synonimy arabski niemiecki angielski hiszpański francuski hebrajski włoski japoński holenderski polski portugalski rumuński rosyjski szwedzki turecki ukraiński chiński ukraiński Wyniki mogą zawierać przykłady wyrażeń wulgarnych. Wyniki mogą zawierać przykłady wyrażeń potocznych. Sugestie Cook ogłosił region jako angielską kolonię. Cook reclamó el área como una colonia inglesa. Pamiętasz, jak w szkole zawsze zawalałem angielską ortografię... ¿Recuerdas que en la escuela siempre me falló en la ortografía inglesa... Każdy pakiet jest oferowany z angielską instrukcją instalacji i obrazem. Cada paquete se ofrece con instrucciones de instalación en inglés e imágenes. Większość witryn ma opcję angielską, po prostu szukaj flagi lub przycisku, aby zmienić język. La mayoría de los sitios tienen una opción en inglés, solo busque una bandera o un botón para cambiar el idioma. Ach tak? Uprowadzić angielską dziewczynę. Ah, sí? Sedujo a una niña inglesa. Wizualizator nie jest zrusyfikowany, jednak nawet osoba posiadająca zwykły słownik kieszonkowy, który nie zna języka, może opanować angielską notację. El visualizador no está rusificado, sin embargo, incluso una persona con un diccionario de bolsillo, que no conoce el idioma, puede dominar la notación inglesa. No więc laska z Kalifornii pozująca na angielską lady. Entonces, a una chica de California que quiere ser inglesa. Sarah Lyall jest angielską dziennikarką urodzoną w USA oraz londyńską korespondentką dziennika New York Times. Sarah Lyall es una periodista inglesa de origen estadounidense Es la corresponsal en Londres del diario The New York Times. Jesteśmy dwujęzyczną (francuską i angielską) rodziną 5 nowo założonych w Quebecu z Kolumbii Brytyjskiej. Somos una familia bilingüe (francesa e inglesa) de 5 recién establecidos en Québec, de Columbia Británica. Musisz tu zostać... i poznać miłą angielską wdowę. Tienes que quedarte aquí y encontrar una viuda inglesa. Poprzez Lady Lolę, Królowa Szkocji pozna lepiej swoją królewską angielską kuzynkę. Por medio de lady Lola, la reina de Escocia llegará a conocer mejor a su prima real inglesa. Był z angielską księżniczką, lat 45. Ella era una duquesa inglesa de 45 años. Hagthorpe, czy mamy na pokładzie angielską flagę? ¿Tenemos una bandera inglesa a bordo, Hagthorpe? W paszportach wydawanych przez Białoruś alfabetem łacińskim zapisano angielską transkrypcję wersji białoruskiej, a nie rosyjskiej. En los pasaportes emitidos por Belarús en alfabeto latino figura la transcripción inglesa de la versión belarusa, y no rusa. Przyniosę ci angielską za cztery dni. la inglesa te la traigo dentro de 4 días. W tym samym piśmie Komisja przekazała Włochom angielską wersję sprawozdania opracowanego przez Ecorys. En el mismo escrito, la Comisión remitió a Italia la versión inglesa del informe Ecorys. Zjem cię na śniadanie jak angielską kiełbaskę! ¡Estarás en mi desayuno como salchicha inglesa! Rozpoczął partię angielską, grając pionem na c4. Empezó con la apertura inglesa, jugando C4. Joni Mitchell nauczyła twoją zimną, angielską żonę, co to są uczucia. Tu fría esposa inglesa aprendió de emociones con Joni Mitchell. Myślałem, że znalazł sobie spiętą, angielską lalunię. Yo pensé que tenía una rígida chica inglesa. Nie znaleziono wyników dla tego znaczenia. Wyniki: 390. Pasujących: 390. Czas odpowiedzi: 127 ms. literaturę angielską Documents Rozwiązania dla firm Koniugacja Synonimy Korektor Informacje o nas i pomoc Wykaz słów: 1-300, 301-600, 601-900Wykaz zwrotów: 1-400, 401-800, 801-1200Wykaz wyrażeń: 1-400, 401-800, 801-1200
Korespondencja z Wilna Mniejszość polska na Litwie bije na alarm, twierdząc, że władze tego kraju przypuściły ostateczny atak na szkoły polskie. Jak twierdzą litewscy Polacy, mające wielosetletnią tradycję szkolnictwo polskie na Litwie ma podstawowe znaczenie dla zachowania ich świadomości narodowej. Celem likwidacji szkół z polskim językiem wykładowym jest całkowita asymilacja 250-tysięcznej społeczności polskiej. Litewscy politycy zapewniają jednak, że nie mają zamiaru krzywdzić „swoich" Polaków. Nie taka drobna różnica Powodem najnowszego zaognienia stosunków władz z mniejszością polską stało się przyjęcie przez litewski Sejm w drugim czytaniu ustawy o mniejszościach narodowych. Niepokój naszych rodaków wzbudziła poprawka do jednego z jej artykułów. Na wniosek posła opozycyjnego Związku Ojczyzny – Chrześcijańskich Demokratów Litwy Valentinasa Stundysa zmieniono proponowany przez Akcję Wyborczą Polaków na Litwie zapis o „prawie do nauki w języku ojczystym" na „prawo do uczenia się języka ojczystego". Propozycję Stundysa poparła większość posłów z rządzącej koalicji centrolewicowej, do której należy też frakcja polska. Pozornie niewielka zmiana rozpętała burzę. – Ta poprawka jest niezbitym dowodem dążenia zarówno przez partie opozycyjne, jak i rządzące do likwidacji polskiej oświaty na Litwie – mówi „Rz" wiceprzewodniczący Sejmu RL z ramienia AWPL Jarosław Narkiewicz. Jak tłumaczy, właśnie owo niewinne sformułowanie dotyczące nauki języka w krótkim czasie pogrzebie polskie szkolnictwo na Litwie. – Gdy przyjmowano tę poprawkę, wielu litewskich posłów udawało, że nie ma większej różnicy między „prawem do nauczania w języku ojczystym" a „uczeniem się języka ojczystego". Jednak ci, którzy to zaproponowali, doskonale wiedzą, o co chodzi. Na razie na Litwie mamy właśnie naukę „w języku ojczystym" – dzieci uczą się po polsku prawie wszystkich przedmiotów od klasy I do XII. Forsowane teraz prawo „do uczenia się języka ojczystego" oznacza, że w polskiej szkole po polsku będzie nauczany wyłącznie język polski. Reszta przedmiotów wykładanych będzie po litewsku – tłumaczy Narkiewicz. Dodaje, że pozornie mała zmiana pociągnie za sobą kolejny krok – dostosowanie do niej ustawy o oświacie. – W ten sposób na szkolnictwie polskim postawiony zostanie krzyżyk. Litewscy politycy zapewniają, że nic podobnego się nie stanie, że mają zupełnie inne intencje. – Moja propozycja jest absolutnie zgodna z europejską konwencją ramową o ochronie mniejszości narodowych. To w niej zapisano, że mniejszości narodowe mają prawo do uczenia się języka ojczystego. Teraz taki sam zapis będzie w naszej ustawie o mniejszościach narodowych. I nic więcej. Z tej poprawki naprawdę nie wynikają żadne radykalne zmiany dla systemu oświaty mniejszości narodowych. To nie są zmiany ustawy o szkolnictwie. Twierdzenia polityków AWPL, że jest inaczej, są po prostu insynuacjami i politykierstwem – mówi „Rz" inicjator poprawki poseł Stundys. Złe doświadczenia Litewscy Polacy nie wierzą jednak w dobre intencje litewskich polityków. Jak mówią, już niejednokrotnie zostali oszukani. – Litewscy politycy zgrabnie owijają swoje intencje w bawełnę, twierdząc, że delikatna zmiana w ustawie absolutnie nie jest groźna, a nawet że robią to dla naszego dobra. Ale mamy bogate doświadczenie i wiemy, co wynika z tych ładnych słów i obietnic – oburza się Zbigniew Maciejewski, dyrektor Gimnazjum im. św. Rafała Kalinowskiego z podwileńskiego Niemieża. – Powiem wprost: jeśli to zostanie zrealizowane, polskie szkoły, które na tych ziemiach istnieją setki lat, po prostu przestaną istnieć. Jak można nazwać szkołą polską placówkę, w której prawie wszystkie przedmioty wykłada się w języku innym niż polski? Gdy litewscy Polacy twierdzą, że byli już niejednokrotnie oszukiwani, mają na myśli przede wszystkim poprzednie zmiany w systemie szkolnictwa mniejszości narodowych. Przed czterema laty litewscy politycy tak samo zapewniali, że dokonują zmian dla dobra polskich dzieci. Postanowiono wówczas „poprawić poziom znajomości języka litewskiego wśród mniejszości narodowych". W tym celu ujednolicono egzamin maturalny z języka litewskiego. Wcześniej na Litwie istniały dwa rodzaje tego egzaminu: w szkołach z litewskim językiem wykładowym zdawano maturę z języka ojczystego, a w szkołach mniejszości narodowych był to egzamin z języka państwowego. Różnica wynikała z odmienności w programach nauczania tego przedmiotu w szkołach litewskich i szkołach mniejszości narodowych. Mimo że polscy maturzyści mieli aż o 700 lekcji litewskiego mniej w porównaniu z rówieśnikami ze szkół litewskich, ówczesny rząd dał Polakom zaledwie dwa lata na wyrównanie programów. Nie pomogły prośby i protesty środowisk polskich alarmujących, że nagłe zaostrzenie wymogów maturalnych w praktyce odetnie młodym Polakom drogę na studia. Rząd zasłonił się twierdzeniami, że nie ma się czego bać, a AWPL oskarżono o zbijanie kapitału politycznego na dzieciach. Dziś Polacy nie mają wątpliwości, że zostali oszukani. – Trzeba otwarcie powiedzieć, że maturzyści ze szkół polskich mają wyniki gorsze niż przed ujednoliceniem egzaminu. Ostrzegaliśmy, że ta decyzja pogorszy warunki startu polskiej młodzieży, i tak się stało. Z powodu słabych wyników z litewskiego dziś znacznie mniej młodych Polaków dostaje się na studia finansowane przez państwo – mówi Jarosław Narkiewicz. – Uważam, że uczyniono to świadomie, by zadać cios polskiemu szkolnictwu na Litwie. Teraz wszystko wskazuje na to, że zadany zostanie kolejny. Konsekwencje szykan są już zauważalne. Adam Błaszkiewicz, dyrektor polskiego Gimnazjum im. Jana Pawła II w Wilnie, twierdzi, że dyskryminacyjne zmiany w ustawie o szkolnictwie wywołały falę wyjazdu młodych Polaków. – Jeśli przed ich przyjęciem ze 100 polskich maturzystów na studia za granicą decydowało się sześciu, to teraz wyjeżdża 25. Na tym traci Litwa, ale jeszcze bardziej polska mniejszość. Naszą młodzież zmusza się do opuszczenia Wileńszczyzny, co osłabia całą społeczność polską na Litwie. Nie tylko Litwa Wojtek Sobolewski z odległych o 30 km od Wilna Rudziszek po przyjęciu ustawy o ujednoliceniu egzaminu z litewskiego oświadczył rodzicom, że nie chce być na Litwie obywatelem drugiej kategorii i wyjedzie z kraju. Celujący uczeń przed rokiem złożył z litewskiego tzw. ułatwiony egzamin, który nie daje prawa do studiowania na Litwie. Nie zamknął mu jednak drogi na jedną z wyższych uczelni w Szwecji. Po roku studiów Polak z Wileńszczyzny jest jednym z najlepszych studentów wydziału ekonomii. Przykład Wojtka i dyskryminacyjny system litewskiej oświaty działają na jego młodszego brata Adama. – Mój młodszy syn w II klasie miał trzy lekcje litewskiego, podczas gdy drugoklasista w szkole litewskiej ma ich siedem – mówi jego mama Alina Sobolewska. – Na dodatek uczniowie klas początkowych w szkołach polskich wciąż nie mają podręczników z ujednoliconego litewskiego. Te ze szkoły litewskiej nie są odpowiednie dla uczniów, dla których litewski nie jest językiem ojczystym. Nie wszyscy maturzyści szkół polskich decydują się jednak na wyjazd za granicę. Córka przewodniczącej frakcji AWPL w litewskim Sejmie Rity Tamašuniene w tym roku składała ujednolicony egzamin z litewskiego. Jak mówi posłanka: – Klasa córki postanowiła udowodnić, że polska młodzież na Litwie zna język litewski, więc większość wybrała studia na Litwie. Nasi maturzyści w bardzo krótkim czasie muszą nadrobić różnicę Z 700 lekcji, a mimo ogromnego wysiłku córka z litewskiego otrzymała zaledwie średnią ocenę. Na szczęście wystarczyła, by dostać się na filologie angielską i francuską na Uniwersytecie Wileńskim. Wiele do stracenia Litwa jest jedynym poza Polską państwem, w którym istnieje pełny system oświaty w języku polskim. W Wilnie i w okolicach działa kilkadziesiąt polskich przedszkoli i blisko 100 szkół, w których większość przedmiotów wykładana jest w języku polskim. Wykształcenie wyższe w języku polskim na Litwie można zdobywać w wileńskiej Filii Uniwersytetu w Białymstoku (Wydział Informatyki i Ekonomii) oraz na wydziałach polonistyki na uniwersytetach Wileńskim i Edukacyjnym. Do szkół polskich uczęszcza blisko 14 tys. uczniów, a co roku 1 września ich próg przekracza ponad tysiąc pierwszaków. To jednak sporo mniej niż jeszcze kilka lat temu. W latach 90. do polskich szkół uczęszczało ponad 20 tys. uczniów. Jak mówi Krystyna Dzierzyńska, wiceprezes Stowarzyszenia Nauczycieli Szkół Polskich na Litwie Macierz Szkolna, spadek nastąpił z kilku powodów. – Pierwszym jest to, że mamy niż demograficzny i w ciągu 20 lat liczba mieszkańców Litwy zmalała z 3,5 mln do 2,9 mln. Drugi powód to intensywna polityka asymilacji, eufemistycznie nazywana na Litwie polityką integracji mniejszości narodowych. Już za czasów sowieckich część rodziców posyłała dzieci do szkół rosyjskich w przekonaniu, że dziecko będzie miało większe szanse życiowe. Teraz podobnie mówi się o szkole litewskiej. Okazuje się jednak, że to błąd, bo w rzeczywistości Polacy uczący się w szkołach litewskich gorzej zdają maturę z litewskiego niż ci po szkołach polskich.
„Dobra zmiana” PiS w szkolnictwie to co najmniej piąta w tym półwieczu reforma edukacyjna w Polsce, która obiecywała podnosić jakość nauczania i obniżać nierówności. Nawet jeśli partyjni koledzy minister Zalewskiej bronią jej dziś przed krytyką opozycji, to więcej w tym wymuszonej lojalności niż szczerego entuzjazmu. Polska szkoła, z pisanymi na kolenie programami nauczania i tkanymi naprędce sieciami szkolnymi, zmaga się z chaosem, którego nie doświadczyła od niemal dwóch dekad. To jeszcze nie koniec. Fala kulminacja „deformy”, jak zmiany oświatowe PiS ochrzcili złośliwi krytycy, a więc kumulacji roczników w pierwszych klasach szkół średnich dopiero przed nami. Bez większego ryzyka można przewidywać, że nie będzie to reforma bardziej udana niż poprzednie tego typu przedsięwzięcia. Przyznać jednak trzeba, że minister Zalewska nie stanęła przed łatwym zadaniem. W obiegowej opinii zreformować edukację jest równie trudno, jak wysłać człowieka na Księżyc. Jednak astronauci stanęli na Srebrnym Globie, a zmiany w szkolnictwie gdzieniegdzie się udawały. Dlaczego nie w Polsce? Na przeszkodzie stoi niemożność wyjścia poza pewien powtarzalny schemat przygotowania i wdrażania zmian w oświacie. To nie problem rządu Szydło czy Morawieckiego. Podobnie było w Polsce Gomułki i Gierka, czy Buzka i Tuska. Z reform edukacyjnych ich rządów można uczyć się, jak nie należy reformować polityk społecznych. Analiza tych niepowodzeń pomaga zrozumieć przyczyny naszej trwałej niezdolności do skutecznego reorganizowania funkcjonowania polityk publicznych (systemu emerytalnego, służby zdrowia, rynku pracy itp.). Co łączy „punkty za pochodzenie” Gomułki, „dziesięciolatki” Gierka, gimnazja Buzka i 6-latki Tuska? Spójrzmy na krótką historię reform edukacyjnych w PRL i III RP. Od Gomułki do Gierka Wprowadzenie w połowie lat 60. ubiegłego wieku przy naborze na studia systemu punktów preferencyjnych dla dzieci robotniczych i chłopskich było odpowiedzią peerelowskich władz na systematyczny spadek udziału tej grupy wśród ogółu studiujących. Decyzję poprzedziła pospieszna dyskusja ekspercka, ale już nie konsultacje z kadrą akademicką, personelem szkolnym, czy przedstawicielami samych zainteresowanych. Nie doceniono skali społecznego oporu przeciw zmianie. Przeszacowano jej potencjalne skutki pozytywne. „Punkty” krytykowano w debatach wewnątrzpartyjnych, jak i prasie. Niezadowoleni byli budowniczowie Polski Ludowej, którzy dzięki powojennemu awansowi edukacyjnemu zmienili swój status społeczny, jak i potomkowie starej inteligencji. Reformę nadwątlała fala faktycznej korupcji i domniemanej protekcji: krążyły opowieści o lekarzach i dyrektorach fabryk, którzy na rok stawali się rolnikami, aby ich dzieci miały szansę skorzystać z systemu. Rozwinął się rynek płatnych korepetycji i kursów na taką skalę, że wprowadzono kodeks regulujący ich udzielanie przez nauczycieli. Na uczelniach panowała formalna i nieformalna dyskryminacja „przedstawicieli ludu”. Już to by wystarczyło, by „punkty” nie zadziałały. Okazało się jednak, że potencjalni beneficjenci sytemu są kompletnie niezainteresowani studiami, a selekcja następowała już przy wyborze szkoły średniej: dzieci robotnicze i chłopskie trafiały do zawodówek, a inteligenckie do liceów i na studia. Reformy wymagał system edukacyjny na niższych szczeblach, wyrównujący poziom szkół na wsi i w mieście. Temu miało służyć wprowadzenie w latach 70. powszechnej, dziesięcioletniej szkoły ogólnokształcącej. Na wsi „dziesięciolatki” miały się oprzeć na sieci zbiorczych szkół gminnych zastępujących placówki małe i drogie w utrzymaniu. Niezrozumienie celów reformy, fatalny poziom nowych szkół oraz problemy z dowożeniem i żywieniem uczniów wywołały silny opór społeczny i przesądziły o fiasku gminnych szkół zbiorczych. Od Buzka do Tuska Do pomysłu wrócono dopiero w 1999 roku za czasów rządów koalicji AWS-UW. I wprowadzono gimnazja. Rozumowanie było podobne: państwa nie stać na utrzymanie dużej liczby małych placówek na dobrym poziomie. Trzeba więc stworzyć rzadszą sieć większych i lepiej doposażonych rejonowych szkół drugiego stopnia, opóźnić próg selekcji i wprowadzić system egzaminów zewnętrznych. I tym razem zignorowano jednak mechanizm konsultacyjny, który mógł przekonać do reformy nauczycieli i rodziców. Opór rodziców z terenów wiejskich doprowadził do „odwrócenia” reformy na wsi, zachowania wielu małych szkół i powstania nieplanowanych, „dziewięcioletnich podstawówek” (szkoła podstawowa i gimnazjum w jednym budynku). Największy sprzeciw wobec likwidacji szkół wiejskich odnotowano tam, gdzie skutecznie odrzucono reformę lat 70. W dużych miastach egzaminy zewnętrzne miast służyć kontroli poziomu szkół, zaczęły być używane jako kryterium selekcji. Inteligenckie dzieciaki, wzmacniając wyniesioną z domu wiedzę kursami i korepetycjami, dostawały się do lepszych gimnazjów dzięki puli „miejsc dyrektorskich”. Zaradni rodzice z klasy średniej, których dzieciom gorzej poszło na egzaminach, fikcyjnie zmieniali meldunki na czas rekrutacji do szkół. Gimnazja przestały być de facto objęte rejonizacją i stały się przedmiotem swobodnego wyboru rodziców, co oznaczało, że klasa średnia okupowała te najlepsze, bardziej potrzebującym zostawiając oświatowy szmelc. Kolejną próbą oddziaływania na nierówności szkolne było ogłoszenie przez rząd PO w 2008 roku reformy 6-latków. Jej celem było zmniejszanie nierówności przez zwiększenie dostępności edukacyjnej przedszkolnej. Miejsca zwolnione przez dotychczasowych 6-latków miały przejąć młodsze dzieci. Reforma dostosowywała także sytuację w Polsce do europejskiego standardu. Od lat podpowiadana przez ekspertów, była popierana przez różne środowiska (w swoim programie miało ją PiS) i akceptowana przez ZNP. Obniżenie wieku szkolnego miało służyć przede wszystkim dzieciom z rodzin o niższym statusie ekonomiczno-społecznym. Z punktu widzenia klasy średniej nie była to zmiana niezbędna (wśród lepiej zarabiających rodziców z wyższym wykształceniem uprzedszkolnienie było niemal stuprocentowe). Reformatorzy nie byli zresztą zainteresowani opinią rodziców, a szkoda. Kiedy wreszcie zaczął to badać CBOS, okazało się, że rodzice z obu grup, choć z innych powodów, opowiadali się przeciwko przypadku klas ludowych dominowało przekonanie o niepotrzebnym zabieraniu dzieciństwa oraz o tym, że dzieci sześcioletnie nie są jeszcze gotowe do podjęcia szkolnych obowiązków. Osobom z klasy średniej chodziło raczej o to, że to szkoła nie jest gotowa na przyjęcie sześciolatków. Błędy komunikacyjne rządu doprowadziły do eskalacji niezadowolenia. Przeciwnych reformie było ponad 80 proc. ankietowanych. Reformie przeciwstawiał się początkowo średnio-klasowy, a później już ogólnopolski ruch rodziców „Ratuj maluchy”. Walkę z reformą wsparła opozycja. W efekcie konfrontacji reforma PO została rozłożona na wiele lat, a po dojściu do władzy PiS, cofnięta. Klątwa nieodpowiedzialnego państwa Wprowadzone w 1965 roku „punkty za pochodzenie” były przykładem stosowanego także na Zachodzie systemu „pozytywnej dyskryminacji”. Jednak narzucający styl ich wprowadzania spowodował, że w pamięci społecznej funkcjonują jako przykład ideologicznej fiksacji i zemsta na inteligencji za... Marzec ‘68!. Brak konsultacji reformy lat 70. i niewystarczające wyjaśnienie jej celów doprowadził do jej społecznego odrzucenia. Ten sam błąd popełniony w latach 90. dał początek, sprzecznej z wynikami licznych badań, „czarnej legendzie gimnazjów”, jako miejsc pełnych przemocy. Państwo nie rozpoznało emocjonalnego przywiązania mieszkańców wsi do ich szkół. Eksperci myśleli w kategoriach „racjonalnych”: przecież to lepiej, żeby dzieci uczyły się w mieszanym środowisku, doposażonej szkole z lepszą kadrą, choćby je trzeba było dowozić. Nieufni obywatele zakładali, że państwo nie poradzi sobie z organizacją dowozu, a nowe szkoły wcale nie okażą się bardziej efektywne; lepszy więc wróbel w garści. Co gorsza, mieli rację. Państwo wcześniej czy później nie dawało rady: indywidualne decyzje i działania urzędników, dyrektorów szkół, nauczycieli i rodziców wypaczały sens każdej reformy, unieważniając, kiedy było trzeba, zasadę rejonizacji, czy obowiązujące reguły rekrutacji. Czasem też reformy po prostu cofano, jak w przypadku 6-latków. Co ciekawe, Polacy, którzy w kraju masowo „ratowali maluchy”, nie mieli najmniejszych problemów, aby do szkoły posłać nawet dzieci 5-letnie – wystarczyło, że pokonali kanał La Manche i mieli do czynienia z angielską szkołą i brytyjskim państwem. Jak przekonałem się, prowadząc badania w Londynie, polscy emigranci postrzegali publiczne szkoły podstawowe jako ciekawe, bliskie życiu, innowacyjne i zdolne uczyć przez zabawę. Widzieli także, że państwo brytyjskie działa sprawnie i konsekwentnie, a reguły obowiązują wszystkich. Nieważne, czy chodzi o tamtejszego lekarza, czy polskiego hydraulika: wyprawkę i podręczniki otrzymuje każdy. Każdy musi się także liczyć z tym, że już jeden dzień nieusprawiedliwionej nieobecności dziecka w szkole spowoduje odwiedziny pracownika socjalnego w domu. Angielscy rodzice także starają się „kombinować”, omijając zasady rejonizacji (fikcyjne rozwody, zmiany meldunku w okresie rekrutacji), ale państwo nie przymyka na to oczu: lokalne władze oświatowe potrafią zatrudnić detektywów i ujawnić oszustwo przy naborze do podstawówki. Przegląd reform edukacyjnych ujawnia jakąś ponadczasową, systematyczną niemożność naszego państwa do skutecznego działania, klątwę, którą za Jerzym Hausnerem i Mirą Marody, można by nazwać jego zinstytucjonalizowaną nieodpowiedzialnością. Na czym ona polega? Wszystkie przywołane przykłady wskazują, że działania polskiego państwa cechują: decyzjonizm, brak responsywności i niekonsekwencja, pojawiające się w każdej z reform w takiej właśnie kolejności. Z braku woli lub umiejętności rezygnowano z konsultacji społecznych lub choćby rzetelnych kampanii informujących o założeniach i celach reformy. Nie budowano wokół nich szerokich ponadpartyjnych i ponadklasowych koalicji. Nie przygotowywano się na potencjalne „niezamierzone skutki reform”, a słaby monitoring wdrażania utrudniał adekwatną i szybką reakcję na nie. Brak uporu instytucji publicznych w egzekwowaniu zmian podważał i tak niskie zaufanie do państwa. Oświeceniowo-protekcjonalny styl działania powodował, że nawet potencjalnie sensowne zmiany wdrażano „dla ludu”, a nie „z ludem”. W ten sposób przeciwko reformom zwracali się nawet ich potencjalni beneficjenci. Drobna zmiana? Gdyby z tego punktu widzenia opisać zmiany edukacyjne PiS, to dostrzeżemy, że reformatorom udało się nie odejść daleko od szlaku wytyczonego przez poprzedników. Od narzucającego stylu wdrażania reform i użycia konsultacji, jako fasady, a nie realnego mechanizmu tworzenia polityki publicznej, po nieudolność w przewidywaniu następstw wprowadzanych rozwiązań, ekipa minister Zalewskiej powtarza błędy minionego półwiecza. Korektę widać tylko w przypadku artykułowania i spełnienia postulatów klas ludowych: likwidacji znienawidzonych gimnazjów, powrocie do 8-letniej podstawówki, cofnięciu reformy 6-latków. Niestety, jeśli poprzednim reformatorom zarzucić można, że próbowali uszczęśliwiać ludzi na siłę, obecni starają się ich unieszczęśliwić za ich zgodą. „Dobra zmiana” została zapowiedziana jako uderzająca w nierówności i korzystna dla środowisk nieuprzywilejowanych. Fakty jednak temu przeczą. Wśród badaczy panuje zgoda, że korzystne z punktu widzenia oddziaływania na nierówności jest: opóźnianie progu selekcji (a więc wyboru szkoły średniej), wydłużanie czasu pracy przy tablicy w wymiarze dziennym i rocznym, oraz wprowadzenie obowiązku wczesnej edukacji szkolnej i/lub przedszkolnej. PiS nie tylko cofnął reformę sześciolatków, która zwiększała dostępność przedszkoli, ale także zniósł obowiązek przedszkolny dla pięciolatków. Powrót do 8-letniej podstawówki powoduje, że uczniowie rok wcześniej będą dokonywać wyboru szkoły średniej. Można było inaczej: wyegzekwować rejonizację zamiast likwidować gimnazja, zapobiegać wykorzystaniu testów jako narzędzia selekcji, podtrzymując ich diagnostyczny potencjał, a nie – likwidując egzaminy zewnętrzne – zmieniać program szkół podstawowych i stopniowo zachęcać do wysyłania doń 6-laktów. Niestety wybrano inną drogę. Nawet jeśli reforma edukacyjna PiS nie obniży jakości nauczania i nie zwiększy nierówności społecznych (w obu kwestiach jestem jednak pesymistą), to z całą pewnością nie zdejmie klątwy i nie przełamie złej passy w reformowaniu polskiej oświaty. Mniej więcej wiemy, czego nam trzeba. Poprawa jakości i skuteczności reformowania edukacji (i innych polityk publicznych) wymaga podniesienia jakości diagnoz przygotowywanych przed rozpoczęciem prac nad reformą oraz zmiany podejścia do konsultacji społecznych. Muszą one wzmocnić słyszalność głosu nieuprzywilejowanych, pomagać w przygotowaniu kampanii informacyjnych dostosowanych do wrażliwości poszczególnych grup odbiorców. Służyć włączeniu partii, ruchów społecznych, organizacji obywatelskich, mediów w szerokie koalicje wspierające wdrażanie kluczowych reform. Na etapie wdrażania niezbędne jest stworzenie systemu stałego monitorowania reform i reagowania na zakłócenia, co pomoże w egzekwowaniu wprowadzonych zmian i rozpocznie proces odbudowy zaufania do instytucji państwa. Na taką zmianę przyjdzie jeszcze trochę poczekać. Oby nie kolejne pół wieku. Przemysław Sadura – socjolog, adiunkt w Instytucie Socjologii Uniwersytetu Warszawskiego. Bada polityki publiczne. Ostatnio dla forumIdei Fundacji Batorego przygotował raport „Polska szkoła reform: czego możemy się nauczyć z nieudanych zmian systemu edukacji?”. Związany z Krytyką Polityczną
zmiana szkoły z polskiej na angielską